1200cc, 900cc oraz 400cc, takie pojemności ma rodzina Scramblerów w Triumphie, będąca odłamem linii Modern Classic. Każdy z nich, to inna historia ale czy w stylu angielskiej baśni “Trzy małe świnki”? Jeśli tak, to którą z nich jest czterysetka? Zabieram się za analizę tekstu literackiego, niczym na maturze z języka polskiego.
Scram czyli “Odwal się!!!”
Ciężko jest znaleźć odpowiednik słowa Scrambler w języku polskim, trzeba to wytłumaczyć opisowo, co niniejszym uczynię. Zawiera się w nim człon “scram”, co w slangu oznacza mniej więcej “odwalić się; zwijać się z jakiegoś miejsca”. Zatem Scrambler to dla mnie motocykl, który mówi światu i wszystkim w pobliżu, by się czym prędzej oddalili w przeciwnym kierunku, bez zbędnego gadania, bo ja jadę swoją ścieżką, i nic im do tego. Trzymając się tej zasady, jeździłem w taki sposób czterysetką. Miałem to szczęście, że w listopadzie zeszłego roku, salon Triumph Wrocław, organizował na torze motocrossowym Enduro Stars w Mieroszowie, testy swoich endurówek i crossów 250/450, a przy okazji Scrambler 400 XC miał tam swoją polską premierę. Nim ktokolwiek z dziennikarzy czy influencerów dostał go w swoje ręce, wpadł w me sidła. Pierwszego dnia “przeczytałem dwa krótkie rozdziały” tej baśni. To i tak wystarczyło, by w mojej głowie zostało siano, zero rozsądnego myślenia, mózg wyparował. Już w swoich wyobrażeniach budowałem piękny garaż, w którym stoi ten żółciutki, najmniejszy i najmłodszy z rodziny Scramblerów.
“400 XC spowodował, że w mojej głowie zostało siano, mózg wyparował.”
Lordzie, porzuć swe dystyngowane serce. Jaazdaaaaa!!!
Pod koniec pierwszego dnia, powiedziałem Markowi (Szef wrocławskiego salonu Triumpha), że nie oddam XC-ka i zabieram go do domu. Ku mojemu zaskoczeniu padło stwierdzenie, w krótkich żołnierskich słowach: “OK”. Był tylko jeden haczyk, musiał wrócić wcześnie rano na jazdy testowe dla klientów. Więc wróciłem do domu bez niego. Drugiego dnia zawitałem na tor i zabrałem Scramblera 400 XC na dłuższa jazdę. Marek pozwolił, abym skorzystał z niego tak, jak mu przeznaczono. Zabrałem się więc na bezdroża. Zaliczyłem szutry, trawy, błoto na ścieżkach pomiędzy polami i trasy wysypane tłuczniem. Będąc szczerym, jestem świeżakiem w takiej jeździe motocyklem. Mam za sobą trochę lat jazdy rowerem w stylu lekkiego enduro, ale było to dawno temu i nie prawda, i nie ma to nic do jazdy motocyklem. Przed pierwszą jazdą poza asfaltem, miałem myśli, że Metzeler Karoo Street to niewypał do tego motocykla. Jednak Żółciutki prowadził się tak pewnie, tak lekko i przewidywalnie, że sobie trochę pofolgowałem. Czułem się do tego stopnia mistrzem kierownicy, że z wyłączoną kontrolą trakcji i ABS-em, stawiałem go na zakrętach bokiem i ani razu nie przeszło mi przez myśl, że przesadziłem. To raczej zasługa doskonale skomponowanego motocykla, niż moich nieświadomych kompetencji. Wystarczający skok zawieszenia po 150 mm na każdej osi, mała osłona silnika i całkiem fajny prześwit, jak na zestaw kół w rozmiarach 19” i 17”, dał mi swobodę w wybieraniu toru jazdy. Nie bardzo się przejmowałem z której strony będę jechał, jak przekroczę koleiny, czy poprzeczne uskoki. Po prostu jak głosi legenda, dwója i gazu… w opór. Mimo niewielkiej pojemności silnika, i zaledwie 40 rozbójników (koni) mechanicznych, oraz 37.5 malutkich “niutonków”, szedł w opór. Czułem, że to doskonała moc, która dobrze radzi sobie w terenie. Plusem takiej mocy jest to, że łatwo osiągać granicę sprzęt, i czuć się bezkarnym, niczym angielski Hrabia jeszcze w minionym stuleciu. Opinie o tym silniku znałem z filmów i opowieści. Wiele się potwierdziło, między innymi, że to wyjątkowo żwawy jednocylindrowiec, z całkiem kulturalną pracą. Git hamulce “ByBre”, zawieszenie, które wybiera dobrze, daje pewność trakcji, opony zadziwiająco trzymają, z dość przyzwoitą wagą 186 kg, daje poczucie luzu w trakcie jazdy. Jest dobrze, tak na asfalcie, jak i poza nim.
Angielskie humoru poczucie. “Always look on the bright side of life.”
Taki jest dla mnie Triumph Scrambler 400 XC, dzięki niemu łatwo patrzeć z radością na życie. Piosenka z Monthy Pythona, pod kaskiem nucona, manetka odkręcona, droga nieznana i jest pięknie. Robiąc te wszystkie głupotki niczym Jaś Fasola, czułem się szczęśliwy po całości. To było wciągające. Siła tego motocykla tkwi w jego prostocie. To naprawdę Scrambler na miarę potrzeb i z duchem jego protoplastów. Zwinny, niewielki i lekki, a przy tym wystarczająco mocny i dzielny w terenie. Podejrzewam, że gdyby był mój, to jedyną zmianą w pewnym momencie mogłyby być opony, np. z fabrycznych Karoo Street na Karoo 4. Tylko tyle. Tak świetny to był dla mnie czas, że odkładałem moment zwrotu Triumpha, a na tor wróciłem na koniec imprezy, gdy już wszystko było praktycznie ogarnięte. Wszyscy czekali tylko na mnie i na 400 XC. Z łezką w oku, oddałem czyściutki i lśniący motocykl.
Miała być analiza baśni, nie było, niech będzie więc jedynie puenta - 400 XC, to ta trzecia, najbardziej pragmatyczna i rozsądna Świnka, która zbudowała dom z cegieł.
PS. Odpowiadając na pytanie, które zadałem pod nagłówkiem: “Czy Triumph 400 XC to najprawdziwszy Scrambler, wśród nowych motocykli dostępnych w salonach?” To zdecydowanie jeden z tych nielicznych, prawdziwych scramblerów, bez udawania, że jest innym niż jest.
Tyle ode mnie o emocjach. Tabelki, dane techniczne na oficjalnej stronie www: triumphmotorcycles.pl.